Od pamiętnej rozmowy minął
tydzień. Od tamtego momentu Aaron inaczej mnie traktował, a więź między nami
wydawała się być coraz bardziej głębsza. Nie wiedziałam konkretnie czego mam od
niego oczekiwać, w końcu pierwszy raz znalazłam się w takiej sytuacji. Walijczyk
był naprawdę rezolutnym, mądrym, odpowiedzialnym mężczyzną, i na pewno nie
chciał się mną zabawić.
Tamtego wieczoru złożył mi bardzo
poważną propozycję, która wbiła mnie w ziemię. Co jak, co, ale nie spodziewałam
się tego. Po moim emocjonalnym monologu postanowiliśmy wyjść na zewnątrz. W
pomieszczeniu zrobiło się duszno, niezbyt przyjemnie, a że oboje lubiliśmy zimę
i świąteczną aurę, to z chęcią udaliśmy się na spacer po dzielnicy. Nasze nastroje nie należały do
pozytywnych. Aaron szedł, jakby był
obłąkany, nie mogąc dalej uwierzyć w to, co mu powiedziałam. Z początku nawet
rzucił mi pytanie czy ta historyjka to nie jest przypadkiem skrawek mojego
opowiadania. Fakt, było to dość trudne do pojęcia, dlatego tak bardzo się
przejął, kiedy z powagą odpowiedziałam nie,
to prawda. Byłam minimalnie na siebie zła za to. Nie chciałam, by ktoś
rozczulał się nade mną i nad tym, co się wydarzyło. Spacerowaliśmy tak w
milczeniu, kiedy Ramsey przystanął i wyparował prosto z mostu Zabieram Cię do Walii na Święta! Ktoś tu
chyba nie myślał poważnie nad tym, co mówił. Moją pierwszą reakcją było
parsknięcie śmiechem. Rozumiałam, że
mogło mu być smutno z mojego powodu i chciał sprawić mi przyjemność, ale biorąc
tę sprawę na poważnie, to był naprawdę kiepski pomysł. Już nie chodzi o samego
Aarona, ale o jego rodzinę. To byłoby bardzo nienaturalne przyjechać do
rodzinnego domu z całkiem obcą osobą: Cześć
mamo! Mamy jeszcze jednego gościa, przywitaj się z Katherine, która nie ma
rodziny i jest samotna. Nie, to nie mogło przejść. Przez kolejną godzinę brązowooki wymieniał mi
same pozytywne aspekty wyjazdu do Caerphilly, oczywiście, że z każdym punktem
zaczynałam coraz bardziej nakręcać się na wyjazd, w końcu praktycznie nigdy nie
poczułam magii prawdziwych, rodzinnych świąt, ale bałam się, że jego rodzina
mnie nie zaakceptuje, a ja będę czuła się identycznie jak w pierwsze Święta w
domu dziecka- to był najgorszy dzień w moim życiu.
Niestety a może stety,
uległam mu. Zgodziłam się na Boże Narodzenie
w Walii. Mieliśmy wyjechać 23 grudnia i wrócić w nocy 25, ponieważ brązowowłosy grał mecz dzień później i musiał
być w Londynie, więc w gruncie rzeczy święta spędzimy na stadionie. Oczywiście nie czułam się z tym najlepiej,
ale odbierałam to jako kolejny krok w naszej znajomości, byłam coraz bardziej
pewna, że ten kontakt nie należy do typowych, mężczyzna musiał traktować mnie
bardzo poważnie, aby zaproponować wspólne Święta u jego rodziny.
Ostatni tydzień przed wyjazdem
był dla mnie bardzo stresujący. W gruncie rzeczy pracy nie miałam tak wiele,
jednak wyjazd kumulował we mnie wszelakie emocje, które po prostu we mnie
pękały. Próbowałam o tym choć na chwilę zapomnieć, chodząc po sklepach w
poszukiwaniu prezentów dla znajomych z pracy, no i wtedy przypomniało mi się,
że muszę kupić coś rodzicom Aarona. To
spowodowało u mnie ogromną palpitację serca. Kompletnie nie wiedziałam co może
im sprawić przyjemność. Chciałam znaleźć
coś oryginalnego, ale było bardzo trudno, gdyż większość prezentów była przeznaczona
dla dzieci. Zrezygnowana wróciłam do
domu i od razu położyłam się na łóżku, by choć chwilę odpocząć. Przez ten czas
próbowałam wymyślić, co byłoby najodpowiedniejszym upominkiem. Dosłownie wszystkie pomysły kończyły się
histerycznym jękiem, który wskazywał na dezaprobatę, a gdy miałam już
wszystkiego serdecznie dość, puściły mi wszystkie nerwy i rozpłakałam się jak
niemowlak. Byłam kompletnie bezradna.
Później płacz przerodził się w uciążliwy szloch, zaczęłam ogromnie żałować tej
zgody na wyjazd. Nie jestem na tyle gotowa psychicznie, by wkraczać w inne
życie. Przeczuwam, że będę ogromnie zazdrosna o to, że brązowooki ma tak
wspaniałą rodzinę, a ja nie mam nikogo. Byłam święcie przekonana, że zaczynam
histeryzować i przez to zaczynała się wkradać depresja, która jakimś cudem
ominęła mnie tej jesieni. Dalej nie mogłam pojąć faktu, że moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze.
Faktycznie, nie lubiłam zmian, dlatego też tak reagowałam, ale przecież
pragnęłam czegoś nowego w swoim życiu, które podlegało pewnym schematom.
Spojrzenie na cały realizm było jednak bardzo trudne. Nie dziwiłam się, że tak
reaguje na to wszystko, ale mimo wszystko nie powinnam się poddawać. Jeśli
Ramsey zdoła odbudować moją wartość, to w przyszłości będę mu za to dziękować
na kolanach.
Mój typowy, charakterystyczny
nastrój sprawił, że usiadłam po turecku na łóżku i zaczęłam pisać kolejne
wiersze. Ogromnie wciągnęłam się w to
zajęcie i stworzyłam kilka bardzo dobrych prac. Były za dobre, by oddać je do
publikacji, a moich najlepszych dzieł nikt nie czytał. I właśnie wtedy wpadłam
na pomysł, żeby stworzyć mini książeczkę z moją poezją, jako oryginalny prezent
dla rodziców Aarona. Tym gestem chciałam przełamać mój regulamin i oddać moje
przemyślenia w czyjeś ręce. Czasu miałam naprawdę niewiele, a przede mną było
wiele pracy. Usiadłam przy laptopie, by stworzyć okładkę tego egzemplarzu i
przepisać wiersze. Robiąc prezent cały czas zastanawiałam się, czy to na pewno
dobry pomysł. Było mi trochę szkoda oddawać prywatnych tekstów w czyjeś ręce,
ponieważ nigdy tego nie robiłam, ale mimo wszystko chciałam dać coś od serca, a
wydaje mi się, że żaden kupiony prezent nie jest odzwierciedleniem naszego
ciepła i dobroci, który chcielibyśmy przekazać ludziom. (Zdarzają się
oczywiście wyjątki). Kiedy skończyłam projektować całokształt, od razu ubrałam
się i popędziłam do drukarni, zanim całkowicie się rozmyśliłam.
Dzień przed wyjazdem do
Caerphilly udałam się na cmentarz. Stwierdziłam, że ten dzień będzie
najodpowiedniejszym, bo nie wiedziałam, czy podczas świąt dam radę się tutaj
zjawić. Nie chciałam opuszczać całego towarzystwa pod pretekstem pójścia na
cmentarz, a gdybym to zrobiła, Aaron na pewno nie puściłby mnie samej i zabrał
ze mną jego rodzinę, a tego nie chciałam. Na razie trzymałam się koncepcji moja rodzina- moja sprawa. Chwyciłam
siatkę ze zniczami i małą wiązanką, myśląc cały czas o wyjeździe. To było
irytujące, że cały czas moje myśli były skupione na Walii i na tym co będzie
działo się jutro. Stres jest wskazany, ale w małych ilościach. Nie mogłam
liczyć na sukces i cudowne święta, cały czas się zamartwiając. Moje zmartwienia przeszły na inną stronę,
kiedy dotarłszy na miejsce, zauważyłam inne, niedawno zapalone znicze. Ogromnie
się zdziwiłam, bo od tych kilkunastu lat nikt tutaj nie przychodził, oprócz
mnie. Zaniepokoił mnie ten widok, odrzuciłam myśl, że mógłby to być Ramsey, bo
w gruncie rzeczy nie rozwodziłam się dużo na temat mojego brata, nie wie nawet
jak ma na imię, koledzy z pracy też nie wiedzą konkretów o tej sprawie.
Niestety nie mogłam temu zaradzić, pozostało mi tylko zapalić znicze, które ja
przyniosłam, ułożyć bukiet kwiatów i odmówić modlitwę. Postanowiłam przemilczeć
tą sytuację.
