30.11.2014

Czwarty.

  Od pamiętnej rozmowy minął tydzień. Od tamtego momentu Aaron inaczej mnie traktował, a więź między nami wydawała się być coraz bardziej głębsza. Nie wiedziałam konkretnie czego mam od niego oczekiwać, w końcu pierwszy raz znalazłam się w takiej sytuacji. Walijczyk był naprawdę rezolutnym, mądrym, odpowiedzialnym mężczyzną, i na pewno nie chciał się mną zabawić. 
  Tamtego wieczoru złożył mi bardzo poważną propozycję, która wbiła mnie w ziemię. Co jak, co, ale nie spodziewałam się tego. Po moim emocjonalnym monologu postanowiliśmy wyjść na zewnątrz. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, niezbyt przyjemnie, a że oboje lubiliśmy zimę i świąteczną aurę, to z chęcią udaliśmy się na spacer po dzielnicy.  Nasze nastroje nie należały do pozytywnych.  Aaron szedł, jakby był obłąkany, nie mogąc dalej uwierzyć w to, co mu powiedziałam. Z początku nawet rzucił mi pytanie czy ta historyjka to nie jest przypadkiem skrawek mojego opowiadania. Fakt, było to dość trudne do pojęcia, dlatego tak bardzo się przejął, kiedy z powagą odpowiedziałam nie, to prawda. Byłam minimalnie na siebie zła za to. Nie chciałam, by ktoś rozczulał się nade mną i nad tym, co się wydarzyło. Spacerowaliśmy tak w milczeniu, kiedy Ramsey przystanął i wyparował prosto z mostu Zabieram Cię do Walii na Święta! Ktoś tu chyba nie myślał poważnie nad tym, co mówił. Moją pierwszą reakcją było parsknięcie śmiechem.  Rozumiałam, że mogło mu być smutno z mojego powodu i chciał sprawić mi przyjemność, ale biorąc tę sprawę na poważnie, to był naprawdę kiepski pomysł. Już nie chodzi o samego Aarona, ale o jego rodzinę. To byłoby bardzo nienaturalne przyjechać do rodzinnego domu z całkiem obcą osobą: Cześć mamo! Mamy jeszcze jednego gościa, przywitaj się z Katherine, która nie ma rodziny i jest samotna. Nie, to nie mogło przejść.  Przez kolejną godzinę brązowooki wymieniał mi same pozytywne aspekty wyjazdu do Caerphilly, oczywiście, że z każdym punktem zaczynałam coraz bardziej nakręcać się na wyjazd, w końcu praktycznie nigdy nie poczułam magii prawdziwych, rodzinnych świąt, ale bałam się, że jego rodzina mnie nie zaakceptuje, a ja będę czuła się identycznie jak w pierwsze Święta w domu dziecka- to był najgorszy dzień w moim życiu.
Niestety a może stety, uległam  mu. Zgodziłam się na Boże Narodzenie w Walii. Mieliśmy wyjechać 23 grudnia i wrócić w nocy 25, ponieważ  brązowowłosy grał mecz dzień później i musiał być w Londynie, więc w gruncie rzeczy święta spędzimy na stadionie.  Oczywiście nie czułam się z tym najlepiej, ale odbierałam to jako kolejny krok w naszej znajomości, byłam coraz bardziej pewna, że ten kontakt nie należy do typowych, mężczyzna musiał traktować mnie bardzo poważnie, aby zaproponować wspólne Święta u jego rodziny.
  Ostatni tydzień przed wyjazdem był dla mnie bardzo stresujący. W gruncie rzeczy pracy nie miałam tak wiele, jednak wyjazd kumulował we mnie wszelakie emocje, które po prostu we mnie pękały. Próbowałam o tym choć na chwilę zapomnieć, chodząc po sklepach w poszukiwaniu prezentów dla znajomych z pracy, no i wtedy przypomniało mi się, że muszę kupić coś rodzicom Aarona.  To spowodowało u mnie ogromną palpitację serca. Kompletnie nie wiedziałam co może im sprawić przyjemność.  Chciałam znaleźć coś oryginalnego, ale było bardzo trudno, gdyż większość prezentów była przeznaczona dla dzieci.  Zrezygnowana wróciłam do domu i od razu położyłam się na łóżku, by choć chwilę odpocząć. Przez ten czas próbowałam wymyślić, co byłoby najodpowiedniejszym upominkiem.  Dosłownie wszystkie pomysły kończyły się histerycznym jękiem, który wskazywał na dezaprobatę, a gdy miałam już wszystkiego serdecznie dość, puściły mi wszystkie nerwy i rozpłakałam się jak niemowlak.  Byłam kompletnie bezradna. Później płacz przerodził się w uciążliwy szloch, zaczęłam ogromnie żałować tej zgody na wyjazd. Nie jestem na tyle gotowa psychicznie, by wkraczać w inne życie. Przeczuwam, że będę ogromnie zazdrosna o to, że brązowooki ma tak wspaniałą rodzinę, a ja nie mam nikogo. Byłam święcie przekonana, że zaczynam histeryzować i przez to zaczynała się wkradać depresja, która jakimś cudem ominęła mnie tej jesieni. Dalej nie mogłam pojąć faktu, że  moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze. Faktycznie, nie lubiłam zmian, dlatego też tak reagowałam, ale przecież pragnęłam czegoś nowego w swoim życiu, które podlegało pewnym schematom. Spojrzenie na cały realizm było jednak bardzo trudne. Nie dziwiłam się, że tak reaguje na to wszystko, ale mimo wszystko nie powinnam się poddawać. Jeśli Ramsey zdoła odbudować moją wartość, to w przyszłości będę mu za to dziękować na kolanach.
Mój typowy, charakterystyczny nastrój sprawił, że usiadłam po turecku na łóżku i zaczęłam pisać kolejne wiersze.  Ogromnie wciągnęłam się w to zajęcie i stworzyłam kilka bardzo dobrych prac. Były za dobre, by oddać je do publikacji, a moich najlepszych dzieł nikt nie czytał. I właśnie wtedy wpadłam na pomysł, żeby stworzyć mini książeczkę z moją poezją, jako oryginalny prezent dla rodziców Aarona. Tym gestem chciałam przełamać mój regulamin i oddać moje przemyślenia w czyjeś ręce. Czasu miałam naprawdę niewiele, a przede mną było wiele pracy. Usiadłam przy laptopie, by stworzyć okładkę tego egzemplarzu i przepisać wiersze. Robiąc prezent cały czas zastanawiałam się, czy to na pewno dobry pomysł. Było mi trochę szkoda oddawać prywatnych tekstów w czyjeś ręce, ponieważ nigdy tego nie robiłam, ale mimo wszystko chciałam dać coś od serca, a wydaje mi się, że żaden kupiony prezent nie jest odzwierciedleniem naszego ciepła i dobroci, który chcielibyśmy przekazać ludziom. (Zdarzają się oczywiście wyjątki). Kiedy skończyłam projektować całokształt, od razu ubrałam się i popędziłam do drukarni, zanim całkowicie się rozmyśliłam.

  Dzień przed wyjazdem do Caerphilly udałam się na cmentarz. Stwierdziłam, że ten dzień będzie najodpowiedniejszym, bo nie wiedziałam, czy podczas świąt dam radę się tutaj zjawić. Nie chciałam opuszczać całego towarzystwa pod pretekstem pójścia na cmentarz, a gdybym to zrobiła, Aaron na pewno nie puściłby mnie samej i zabrał ze mną jego rodzinę, a tego nie chciałam. Na razie trzymałam się koncepcji moja rodzina- moja sprawa. Chwyciłam siatkę ze zniczami i małą wiązanką, myśląc cały czas o wyjeździe. To było irytujące, że cały czas moje myśli były skupione na Walii i na tym co będzie działo się jutro. Stres jest wskazany, ale w małych ilościach. Nie mogłam liczyć na sukces i cudowne święta, cały czas się zamartwiając.  Moje zmartwienia przeszły na inną stronę, kiedy dotarłszy na miejsce, zauważyłam inne, niedawno zapalone znicze. Ogromnie się zdziwiłam, bo od tych kilkunastu lat nikt tutaj nie przychodził, oprócz mnie. Zaniepokoił mnie ten widok, odrzuciłam myśl, że mógłby to być Ramsey, bo w gruncie rzeczy nie rozwodziłam się dużo na temat mojego brata, nie wie nawet jak ma na imię, koledzy z pracy też nie wiedzą konkretów o tej sprawie. Niestety nie mogłam temu zaradzić, pozostało mi tylko zapalić znicze, które ja przyniosłam, ułożyć bukiet kwiatów i odmówić modlitwę. Postanowiłam przemilczeć tą sytuację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz